Oszczędność czasu, a zakupy – Slow Life

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z manifestem antykonsumpcyjnym i oszczędzaniem pieniędzy, byłam przekonana, że ok, to fajne, ale tylko dla osób, które mają dużo wolnego czasu i mogą jeździć do jednego sklepu po olej w promocji, drugiego po mięso, a trzeciego po szampon.
Jest dokładnie odwrotnie…
Moje chemiczno-kosmetyczno – spożywcze zapasy na ok 4-5mcy zabrały mi kilka dni (powiedzmy po 30-40 minut dziennie), ale o ile nie widzę przyjemności w odwiedzaniu marketów i ładowaniu produktów do wózka,  o tyle tutaj miałam naprawdę dużą frajdę. Przeglądanie gazetek, które wcześniej uważałam za zarezerwowane dla babć, kupowanie w dyskontach, które kiedyś uważałam za „sklepy dla najbiedniejszej części społeczeństwa”. Odkryłam całkiem nowy makro świat, a może i hobby. Obawiałam się co prawda, że wpadnę w kompulsję gromadzenia i nie przestanę kupować, bo wszystko się przyda. Jednak tak się nie stało. Człowiek się nasyca, kiedy wie, że ma już wszystkie niezbędne zapasy, za to od stycznia mam czysty umysł pod względem zakupów. Poczucie komfortu, że przecież to mam i nie muszę pilnować, czy zaraz nie zostanę bez papieru toaletowego, makaronu, który jest tylko w Tesco, czy ulubionej przyprawy, a naprawdę akurat dziś mi się nie chce wychodzić. Poza tym pada. De facto w ogóle nie muszę o tych sprawach myśleć, targać siat ze sklepu, rozbijać sobie leniwych popołudni długą kolejką w hipermarkecie. Raz na dwa tygodnie uzupełniam produkty spożywcze i to cały mój czas, który muszę poświęcić na konieczne zakupy.
Nadal przeglądam gazetki promocyjne, ale bazuję tylko na sklepach, które mam w okolicy. Plus raz na kilka tygodni zapuszczam się do Netto, z powodu ich półki ze zdrową żywnością i słodyczami ze stevią.

Moje końcowe wnioski są więc takie, że nie dość, iż mamy z głowy 3/4 zakupów na kilka miesięcy i wypady do Żabki o godzinie 22, bo zabrakło masła, to robiąc zapasy podczas promocji jesteśmy średnio 20-30% do przodu, albo jak kto woli, zostaje nam to w kieszeni. O tym pisałam już wcześniej robiąc zestawienie faktycznie wydanych pieniędzy na promocjach z cenami standardowymi. I przypominam, kupujemy tylko to, co kupilibyśmy i bez promocji, bo naprawdę tego używamy. Nie napiszę „potrzebujemy”, bo w dobie dzisiejszego marketingu wmawia nam się, że potrzebujemy niemal wszystkiego.

Czy odczuwam zmianę finansową? Nie bardzo, ponieważ jestem w trakcie długiej, mozolnej i prywatnej diagnostyki oraz leczenia, więc co oszczędzę na marchewce, wydam na lekarza. Odczuwam za to zmianę w postaci spokoju, bo nie muszę iść na zakupy. Nie ma efektu – wróciłam do domu, patrzę do lodówki, a tam światło. Planuję „shopping” z wyprzedzeniem i jadę na niego tego dnia, kiedy mam siłę i ochotę. Może to niewiele, ale dla mnie jest to kolejny krok do komfortowego życia, tym bardziej, że byłam królową pustej lodówki. I zapewniam Was, że to jeden z tych naprawdę nieprzyjemnych scenariuszy, kiedy wstajesz rano, przecierasz oczy, chcesz usiąść z kawą, ale musisz głodny wędrować do sklepu po cokolwiek na śniadanie i kawę, albo cukier do kawy, albo mleko. A na dworze leje, czy jest -13C. I w zasadzie w ogóle nie musiałbyś dziś wychodzić z domu, bo jest sobota. I tak, będą się dziwnie patrzeć jeśli pójdziesz w piżamie, chociaż mnie się w sumie zdarzyło.

Recommended Posts

Leave a Comment