Mniej – Styczeń podsumowanie

Minął miesiąc od mojego założenia o drastycznej minimalizacji wydatków. Wypadałoby więc napisać jakieś podsumowanie wyników.

Dziwiło mnie szaleństwo, które ogarnęło zarówno autorkę, jak i osoby biorące udział w eksperymencie „Mniej”. Ostatnie tygodnie przed bezzakupowym deadlinem wszyscy… kupowali na potęgę. Zbierali zapasy, zadłużali karty kredytowe, co wydało mi się, jako obserwatorowi, bezcelowe i głupie. Do czasu. Psychika robi swoje. Chce utrzymać stały poziom życia, a zagrożona zmianami – gromadzi zapasy.

W styczniu więc padłam ofiarą tych samych lęków i zaczęłam gromadzić, choć z głową. Tylko to, co na 100% zostanie zużyte i jest NIEZBĘDNE. Warunek był jeden – obniżka minimum 30%. W ruch poszły promocyjne gazetki (Rossmann, Lidl, Biedronka, Kaufland, Tesco, Carrefour) i tak na zapasach chemii, kosmetyków, środków higienicznych na minimum 4 mce, wydałam ok 300zł, w stosunku do ceny 500zł, która obowiązywałaby bez obniżek.
Znalazłam całkowicie darmowe konto bankowe, które zostawi mi w kieszeni rocznie ok 100zł, jakie wydawałam na mikroopłaty.

Wychodzi zatem, że na codziennych zakupach moje oszczędności opracowane w styczniu, to 58zl/mc, 700zl w skali roku, a to dopiero pierwszy miesiąc tego eksperymentu.

Amerykę odkrywam raczej w swoim żółwim tempie, choć biorąc pod uwagę to, że wyszłam od wydawania minimum 2tys zł na ciuchy miesięcznie i wstydu przed jeżdżeniem komunikacją miejską, progres niewątpliwie jest.

Moją jedyną wtopą były tabletki do zmywarki Somat Gold, które kosztują 2x tyle, co Somat Classic, a nie widzę różnicy w działaniu.
Uczę się dopiero ekologicznej kuchni i gotowania produktów krajowych i sezonowych. Do tego bezmlecznie i bezpszenicznie, więc jest wyzwanie. Tak jak pisałam o 350% droższym makaronie (Auchan vs Allegro), tak to samo zauważam na nawet najprostszych produktach spożywczych jak mrożone warzywa. Dyskonty niepodzielnie rządzą, mając przy tym bardzo często produkty krajowe. Wyjątkiem jest Pikok, czeska marka z Lidla, która ma twarde, suche wędliny zawierające nawet 97% mięsa. Jest to nieporównywalne do „znanych firm”, których szynkę można znaleźć w marketach i wylać z opakowania. Ceny takie same jak wędlin faszerowanych wodą z solą, albo i niższe.

Moje ciche wyzwanie, to sprawdzić, czy da się wydać na jedzenie, tyle, ile przewiduje GUS, jedząc przy tym zdrowo, smacznie i do oporu. Styczeń zamknęłam w kwocie 400zł +50zł jedzenie na mieście, która jest niemal dwukrotnie wyższa niż zakłada to urząd statystyczny. W lutym chcę postawić na jeszcze więcej prostych, gotowanych potraw i mniej gotowej, przetworzonej żywności. Taki zabieg naturalnie obniży koszta bez straty na jakości. A jeszcze mi się marzy, że coś przy okazji schudnę…

Póki co, na diecie domowej, omijającej alergeny, jestem 3kg w dół i mam w miarę płaski brzuch. Jest mi o tyle łatwo, że miłość mojego życia, pizza, zawiera wszystkie zakazane składniki. Odpadła kuchnia meksykańska, włoska, częściowo polska. Tu znów Ameryki nie odkryję, ale jednak najzdrowiej jedzą Azjaci, którzy chyba jako jedyni nie mają w zwyczaju pchać wszędzie mąki pszennej, drożdży i produktów mlecznych. Uczę się więc kuchni babcino-wietnamsko-tajskiej i oswajam z chipsami z krewetek i papryczką chilli, a do pomidorowej dodaję genialny makaron z fasoli mun. Jeśli zależy Wam na ilości białka, lepiej kupić prawdziwy sojowy.

Mimo zrobienia zapasów, także lekowych, bo recepty są przepisywane co 3 mce, w styczniu wydałam mniej pieniędzy niż w grudniu, czy listopadzie. Drobny sukces, ale nie do końca o to mi chodziło, choć wydatki grudnia oscylowały powyżej 3tys zł (nie wliczając czynszu), a stycznia już poniżej 2,5tys, w tym dość drogie badania na alergię IGG zależną, bo niestety, ale chora jestem, jak mam się o coś prosić u specjalisty na NFZ, do którego czekałam pół roku i słyszeć odmowę. Zaskoczeniem jest dla mnie natomiast frajda płynąca z wypatrywania promocji interesujących produktów w od zawsze pogardzanych przeze mnie gazetkach reklamowych. Można się w to nieźle wkręcić schodząc do takiego własnego świata w skali makro, a nawet nano. Nie światowe konflikty, ale… myślenie jak ochronić owoce przed osami w ogrodzie.

Recommended Posts
Showing 10 comments
  • Ona
    Odpowiedz

    Jak to wstydu przed jeżdżeniem komunikacyją miejską?

    • Paulina
      Odpowiedz

      Chyba w pewnym okresie swojego życia byłam zbyt nowobogacka na poruszanie się autobusami :/ Teraz to lubię. Oglądam sobie innych ludzi.

  • Izabela
    Odpowiedz

    Na co chorujesz kochana?

    • Paulina
      Odpowiedz

      Jestem w trakcie dość długiej i upierdliwej diagnostyki.

  • Classy Simple Life
    Odpowiedz

    Bardzo ciekawy post ! Od ponad 2 lat kieruję się w życiu ideą minimalizmu oraz slowlife. Oszczędzanie jest dla mnie bardzo ważne i w miesiącu lutym podjęłam wyzwanie związane z oszczędzaniem, które mam nadzieje uda mi się spełnić – pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Jacquline
    Odpowiedz

    Wydajesz minimum 2 tys na ciuchy ?! Poważnie ? To zazdroszczę .. dla mnie to zawrotna suma, z drugiej strony wolałabym chyba na jakaś naukę przeznaczyć niż na szybko zmieniające się modowo fatałaszki.

    • Paulina
      Odpowiedz

      Wydawałam kiedyś i uważam, że byłam wtedy bardzo… zagubiona.

  • Paulina
    Odpowiedz

    Znakomity pomysł na blog. Dla mnie trafiony w punkt. W związku z grudniowym zakupem mieszkania pierwszy raz zrobiłam postanowienie noworoczne – zacząć oszczędzać. Ku mojemu zaskoczeniu od tego momentu przyciągam wszystko co pomaga w minimalizowaniu kosztów – od utraty ochoty na palenie po przypadkowe natrafienie na Twoją stronę.
    Będę śledzić!
    Pozdrawiam

  • Agnes
    Odpowiedz

    Paulinko jaką książkę nt minimalizmu byś poleciła? Szukam czegoś konkretnego ale wszystkie o których czytam opinie wydają się być ..podobne i niczym nie wyróżniające się.

    • weyakin
      Odpowiedz

      Przepraszam, że tak późno odpisuję, ale miałam problemy techniczne. Ogólnie książki na temat minimalizmu wszystkie zaczynają się od filozofii posiadania mniej i odgracania przestrzeni mieszkaniowej, żywienia, półki z kosmetykami. Taka jest Sztuka Prostoty i ją każdemu z czystym sercem polecam. Jej kontynuacja to Sztuka Minimalizmu – nadal jesteśmy w tematyce „mieć mniej i wyrzucać”. Mimimalizm daje radość to kolejna z pozycji tego typu. Nie rewolucyjna, acz miło się czyta. Rewolucyjna w podejściu do emocjonalnych decyzji na temat swoich wszystkich skarbów, ale dalej traktująca o odgracaniu rzeczywistości jest Magia Sprzątania. Jeśli chcemy coś innego lub powyższe tytuły mamy przerobione, sięgnęłabym po Minimalizm po polsku, bo autorka sięga trochę w historię naszego kraju i minimalizm w wydaniu koniecznym, postpeerelowskim. Minimalizm dla zaawansowanych jest już dla mnie za to o niczym, tak jak Slow Life . Kolejnym etapem, po poznaniu skąd u rodziców tendencje do chomikowania i czemu nie umiałam wcześniej wyrzucić tego swetra, choć teraz wiem, że go nawet nie lubię, jest tematyka slow life właśnie. Tutaj powstały dwie nowe książki: Magia Olewania, którą niedawno opisywałam i Życie Pasterza, które wyjdzie w Polsce za kilka dni. Z pozycji niejako pobocznych jest jeszcze W 30 dni do zmiany, poradnik psychologiczny podzielony na 4 części, z których pierwsza traktuje o wprowadzeniu do życia minimalizmu i niebezpieczeństwach ze strony naszej psychiki, które mogą ten plan zniweczyć. Nie czytałam jeszcze Chcieć mniej, ponieważ pisane jest betonowym piórem, ale czeka w kolejce i może nawet dziś je zacznę męczyć, żeby skrobnąć recenzję. Docelowo chcę zrecenzować wszystkie książki w tematyce minimalizmu/slow life wydane w Polsce.

Leave a Comment