Mniej – Marta Sapała

Po pierwsze Marta Sapała jest dziennikarką i felietonistką, a to czuć. Czuć, że nie mamy do czynienia z kolejną blogerką, która wydała książkę. Sposób pisania dowcipny, akcja wartka. Tak, akcja, bo Marta ma taki dar pióra, że o robieniu zapasów przed rokiem wyrzeczeń czyta się jak o przygodach Jamesa Bonda. Lekko, przyjemnie, z uśmiechem. Przynajmniej tak odbieramy pierwsze sto-dwieście stron. Później to, co było atutem, staje się przekleństwem. Forma reportażu okraszonego danymi z GUS, OBOP, czy CBOS, brak jakiegokolwiek podsumowania, brak identyfikacji bohaterów, którzy błąkają się po książce jako pojedyncze, enigmatyczne imiona.

Autorka werbuje do swego kontrowersyjnego projektu dwanaście gospodarstw domowych – modną singielkę ze stolicy, samotną matkę, która straciła pracę, małżeństwo prowadzące wiejskie gospodarstwo. Mieszkańców apartamentów, wolnostojących domów, kamienic i bloków z wielkiej płyty pamiętających obietnice Gierka.

Rodzaj minimalizmu, czy raczej ascezy, który pojawia się w książce został mocno skrytykowany – nazwany przesadą, życiem w biedzie, a przecież Loreau i Babauta nauczyli nas, że jeśli szklanki, to tylko kryształowe, a do pracy koniecznie iMac i MacBook.
Pierwsze, co autorka zauważa, to, że w gospodarstwach już nic się nie produkuje. Własne nalewki, domowa kiełbasa, marchew z ogrodu, swój świniak, świeże mleko, jajka od własnych kur, to w zasadzie przeszłość. Co prawda cena wyprodukowania żywności w domu jest podobna do tej, którą płacimy w markecie, jednak jakość – nieporównywalnie wyższa. Bez chemii, z satysfakcją stworzenia czegoś własnoręcznie i świadomością, że w razie apokalipsy przynajmniej z głodu nie umrzemy.
Powrót do natury jest modny, a rynek to wykorzystuje. Można więc zatoczyć koło, bo do uprawy marchewki naprawdę nie potrzeba zestawu słodko emaliowanych narzędzi ogrodowych, z etykietą – dla pań.
Marta porusza też ideę przedszkola waldorfskiego, które opisuje jako całkowicie odcięte od świata konsumpcji, oparte na krupniku i drewnianych klockach. Bez próbek produktów, czy pokazów zabawek. Bez wycieczek do kina i na wystawy lalek Barbie.
Projekt bardzo ciekawy. Pierwsza część książki to po prostu start na drodze minimalizmu. Swoją drogą fascynujący. Druga podpada pod kategorię biedy z wyboru. Tu zaczyna się prawdziwy eksperyment: cerowane skarpetki, dziurawe majtki, spłukiwanie toalety wiadrem wody zebranej podczas brania prysznica, jedzenie zbierane po zdziczałych, opuszczonych ogrodach, czy wynoszenie ze sklepów darmowego, przeterminowanego jedzenia, którym później zresztą autorka się zatruje.
Recommended Posts

Leave a Comment