Magia olewania – Sarah Knight

Okładka książki do złudzenia przypomina bestsellerową Magię sprzątania Marie Kondo.
Moja ręka sięga po nią niemal bezwiednie. (Cholerny marketing.)

Magia olewania Sary Knight, to książka o asertywności i wyznaczaniu granic. Poradnik o sztuce mówienia NIE w taki sposób, by nikt nie poczuł się dotknięty, a co najważniejsze, byśmy my nie mieli wyrzutów sumienia z powodu poczynienia odmowy. Rzec można sztuka dyplomacji. W teorii.
Autorka posługuje się przez całą książkę metaforą zagraconego zbędnymi przedmiotami domu.

Sięgnęłam, bo książka przypomniała mi pewnego psychoterapeutę, który był człowiekiem wolnym od robienia tego, co wypada i czego oczekują od niego inni długo zanim to było modne. Wówczas jego zachowanie wydawało mi się bezczelne i niepojęte. Dziś – sama tak robię.
Autorka Magii olewania wielokrotnie zaznacza, że bynajmniej nie chodzi jej o zostawanie dupkiem/zołzą roku, a jedynie o swojego rodzaju slow life, choć nie używa tego słowa ani razu.
Bez natłoku sztucznych zobowiązań, jak pieczenie ciasteczek do szkoły, odbieranie z przedszkola dziecka koleżanki, wyjścia ze znajomymi do teatru na nudny monodram, czy kupowania masła orzechowego tylko po to, by nie zranić uczuć znajomej.
Radzi podzielić wszystkie swoje sprawy i zadania na te, które nas irytują i te, które dają radość. Bardzo analogicznie do Marie Kondo w Magii sprzatania, a później podjąć decyzję, w które z nich chcemy się angażować, a w które nie. Czyż nie brzmi jak wstęp do slow life?
Sarah słusznie, wytłuszczonym drukiem przypomina, by przejmować się tylko rzeczami, na które mamy wpływ. (Tak, wiem, osoby żywo zainteresowane polityką będą miały pewnie inne zdanie.)
Idea jest słuszna, ale im dalej w książkę, tym robi się dziwniej. Autorka mówi, co sama olewa – koszykówkę, jogurty, homary… Sama radzi nam olać zebrania w pracy, telekonferencje, strój biznesowy. Z ostatnim się zgodzę, jeśli jesteś freelancerem, albo połowa działu przychodzi do pracy w bojówkach. Sarah pisze, że często bardziej boimy się nadszarpnięcia własnej reputacji niż zranienia cudzych uczuć. Celnie zauważa, że odmawiając uczestnictwa w firmowej imprezie, nikogo nie ranimy, bo nikogo tak naprawdę nie interesuje, czy tam będziemy. Wspomina również, że w pracy liczy się szacunek, a nie sympatia. Tak jest w teorii i może w kraju, z którego pochodzi autorka książki. W Polsce i owszem, stracić pracę można z powodu braku sympatii, a nie umiejętności.
Cała książka ma dość słabe odniesienie do polskich realiów. Mamy między innymi rozdział o tym, jak to trzeba odrzucić te kilkanaście zaproszeń na wesela i wieczory panieńskie w Vegas.
Autorka idealistycznie tłumaczy nam, że jeśli odmówimy w odpowiedni sposób, nikt nie poczuje się urażony. Tak, w teorii. Tylko w teorii. Na świecie jest mnóstwo ludzi, którzy obrażają się, gdy tylko usłyszą odmowę. Nie ważne na ilu jedwabnych serwetkach i srebrnych tacach podaną. I choćbyśmy wywlekli przed nimi własne wnętrzności, i tak będzie to dla nich za mało.
Z mojego doświadczenia – wartościowi, świadomi ludzie, to ci, którzy akceptują Twoje kulturalne NIE. Resztę można… olać.

Dalej mamy kwestię o odmawianiu pomocy przyjaciołom. Być może amerykanie definiują nieco szerzej niż my słowo przyjaciel. Sarah zachęca do wykręcania się „własnymi zasadami”.

Jak najbardziej doceniam i rozumiem sens napisania tej książki, jednak mam wrażenie, że autorka nie do końca umiała przekazać, o co jej chodzi i nie dla każdego będzie to jasne. Magia olewania nie pomoże osobom, które mają problem z wrzuceniem na luz. Brak tu cudownych metod i rzetelnych, psychologicznych porad. Jest pomysł, zarys, myśl przewodnia, która każe przystanąć i chwilę się zastanowić. Ale to wszystko…

Książka porusza bardzo ważny temat samorozwoju mówiący o odchodzeniu od rzeczy, które Ci nie służą, jednak mgliste metody, które przedstawia autorka raczej nie pomogą zrewolucjonizować swojego życia. Owszem, przeczytać można, a nuż kogoś sam temat pobudzi do wprowadzenia dobrych zmian. Czy warto kupować? Ja bym proponowała egzemplarz z biblioteki. To raczej nie jest pozycja, do której się wróci.

Pod kątem przyjemności z samego faktu czytania jest całkiem ok. Nie są to miałko rozsypane litery, ale zwięzły, często okraszony humorem, błyskotliwy tekst. Piszę to, bo kluczowym aspektem jest dla mnie jak się czyta, a nie tylko co czytam. Czas z książką ma być relaksem.

Recommended Posts

Leave a Comment