Eksperyment „Mniej” – Start

Siedzę z paragonami przy moim lekko nadgryzionym laptopie. Plan jest prosty – zapisywać i porównać efekty ze szczegółowymi notatkami z 2015 roku, kiedy to stawiałam pierwsze nieudane kroki koło terminu minimalizm.

Zamierzam kupować wszystko, co niezbędne do życia tylko w promocjach lub okazyjnie przez internet.

Koniec z wycieczkami do Empiku, gdzie przebicie na każdej książce w stosunku do Aros.pl wynosi około dziesięciu złotych. Przy ilości czytanych przeze mnie tytułów (nie uznaję czytnika), to majątek. Koniec z kanapkami z Subwaya po 15zl za sztukę, bo jak się okazuje nie toleruję pszenicy. Koniec z pizzą złożoną (dla mnie) z samych alergenów. Koniec z powrotami taksówką z marketów i zamawianiem płatnej dostawy zakupów spożywczych do domu.

Kiedy zaczynałam, w okolicach 2014-2015 roku, zrezygnowałam z wizyt u fryzjera. Ten z sieciówki pozostawiał mnie z rozczarowaniem płatnym 200zł. Do stylisty musiałam odczekać w kolejce miesiąc i zostawić u niego 500. Zrezygnowałam z eksperymentów kosmetycznych i drogich kremów do pielęgnacji nadziei i złudzeń. Rzuciłam palenie, co teoretycznie miało odciążyć mój budżet o jakieś 300zł miesięcznie. Praktycznie, jak już pisałam, nie odciążyło, bo zaczęłam JEŚĆ.

Z powodów etycznych porzuciłam mięso ssaków, jednak nadal nie umiem zrezygnować z kurczaka, choć i na to liczę w przyszłości. Ekologicznie, staram się go jeść maksymalnie dwa razy w tygodniu. Reszta to dni bezmięsne. Poza rybami. Nigdy nie wytworzyłam z nimi emocjonalnego kontaktu, więc dość łatwo patroszyć mi ze smakiem wędzoną makrelę. Niestety nie mam już dostępu do domowej wędzarni – zostaje mi, póki co, kupowanie z masowej produkcji. Kwestię nabiału rozwiązały testy IgG – nie mogę.

Od zawsze miałam problem z zakupami modowymi. Solidny, natury psychologicznej. I bloga, który go jeszcze pogorszył. Kolejna wymówka, by kupować więcej – no przecież trzeba mieć co pokazać. A później leżało w szafie… z metkami. Z bloga dałam nogę, nałóg ograniczył się finansowo o połowę, ale nadal miał całkiem nieźle. I tak w 2015 kupiłam mniej łachów niż w 2014, a w 2014 o wiele mniej niż 2013. Ograniczanie, choć na początku bardzo cieszyło, w końcu zaczęło mi się kojarzyć z narkomanem, który mocno postanawia, że amfetamina tylko raz w tygodniu, w soboty. Minimalizacja nie likwiduje problemu, a tym bardziej jego źródła, więc do tego zapewne będę jeszcze nie raz wracać.

Moim kolejnym odkryciem było to, że Rossmann raz na dwa-trzy miesiące przecenia całą serię kosmetyków do mycia, których używam. Kupowałam więc zawsze na zapas.

Poza tym co wyżej, zerwaniem jakiegokolwiek kontaktu z alkoholem i wyprzedaniem wszystkich tych blogerskich trupów zajmujacych szafy w całej mojej garderobie, która to nie wyniosła się ze mną w magiczny sposób do kawalerki, dalej nie zaszłam. Co więcej, miałam jeszcze całkiem niedawno potknięcie w postaci Instagrama. Oh, a może by tam prowadzić bloga modowego? Może. Jednak. Nie. Ale parę łachów już zostało w afekcie kupionych. Jednak jestem słaba.

Wracamy z podróży w przeszłość. Początek stycznia 2017. Dobry moment, żeby coś zacząć. Choć każdy jest dobry.

Cel – wydać jak namniej. Czas? tyle, ile wytrzymam.
Cel – nauczyć się prognozować wydatki. Odejść jak najdalej od machiny konsumpcjonizmu.
Cel – nauczyć się komfortowo żyć mając mniej.
Cel – odkryć inne wartości niż nabywanie dóbr.
Cel – wydać na jedzenie miesięcznie średnią wyliczeń GUS, czyli ok 250zł. Zminimalizować wydatki kosmetyczne. Choć do przewidzianego minimum GUSu (16zł), raczej nie doskoczę.

Moje pierwsze zakupy w tym roku są świadomą wpadką. Empik, dwie książki, poszło 80zł. Mogłabym je kupić 20zł taniej, ale musiałabym poczekać dwa dni na dostawę. Do sieciowej księgarni mam z domu 600 metrów. Rozpakowuję łupy i siadam z nimi w fotelu. „Mniej” jest strzałem w dziesiątkę. „Slow Life” to popłuczyny dla nastolatek, kupione mimo złych recenzji na lubimycztać. Z czystej chęci posiadania. Wyrzucone 40zł staje się trochę mniej wyrzucone, kiedy planuję oddać książkę w paczce dla miejskiego przytuliska dla zwierząt. Na aukcje charytatywne. Sumienie rozliczone.

Z kolejnych zakupów przynoszę stos najtańszych ziół w saszetkach (19zł) i dwie sadzonki – miętę oraz pietruszkę, po 4zł sztuka. Przeglądając newslettery „sklepów dla biednych ludzi”, odkrywam 6kg proszku do prania za 24,90. Biorąc pod uwagę moje potrzeby, nawet wliczając w to Żółtego (psa), wystarczy na pół roku. Przy okazji zgarniam promocyjny zapas wegańskiego żelu pod prysznic z Rossmanna. Kosmetyki Alterry mają tak szczególne, można powiedzieć niewyszukane, ekologiczne zapachy, iż A. był długo przekonany, że tak po prostu pachnie moja skóra. To kusząca myśl mieć swój zapach, a nie jechać Palmolivem.
Nie obywa się niestety bez wpadki. W ferworze świadomych zakupów wkraczam do Castoramy po najtańszy podstawek pod moje zioła i wychodzę na mróz -16C z niczego nie podejrzewającym, malutkim skrzydłokwiatem (7zł) i pasującą emaliowaną doniczką (9zł). Nie korzystam z taksówki, wiec 10kg reklamówek targam kilometr do autobusu po nieodśnieżonej ulicy. Pieprzony survival na zapomnianej przecznicy tuż obok główniej łódzkiej trasy W-Z. Kwiat przemarza jeszcze zanim docieram do autobusu. Wsadzam go w domu do nowej, białej doniczki i czekam co postanowi dalej.

Żółty zniszczył swój gryzak, który i tak wytrzymał prawie pół roku. Trixie to dla mnie idealny kompromis pomiędzy Kongiem, za którego trzeba zapłacić 100zł, a zabawkami z Pepco, które wystarczają nam na 10 minut. Uszczuplam więc domowy budżet o kolejne 23zł, przynosząc mu twardą piłeczkę i nowego gryzaka. Na takie rzeczy, sorry, promocji nie ma. Żółty jest psem z odzysku i chyba pierwszy raz ma na własność piłkę. Radość nie przeliczalna na pieniądze.

Na koniec psuje mi się jeszcze mysz od komputera. Ta, którą wypatruję za 2$, idzie z Kuala Lumpur do Polski 45 dni. Poddaję się i za obietnicę natychmiastowej wysyłki z Lublina klikam dwa razy drożej na Allegro.

 

 

 

 

Recommended Posts
Showing 5 comments
  • Izabela
    Odpowiedz

    Kochana masz jeszcze konto na instagramie? jesli tak to podasz nazwę?

    • Paulina
      Odpowiedz

      Tak, ale jest na nim raczej mydło i powidło. Focie pieska, mieszkania, selfiki. Aż wstyd 🙂
      https://www.instagram.com/foxpaulina/

      • Dorota
        Odpowiedz

        A zdradzisz jak zdobyłaś tylu followersów? Czy to są wykupieni obserwujący?

        • Paulina
          Odpowiedz

          Aktywowałam reklamę na Facebooku skierowaną do polskich kobiet (bo pewnie niewielu facetów interesuje, co piszę) w wieku 18-45 lat, ale nie jestem z niej zadowolona. Z 1000 lajków tylko 500 osób faktycznie zerknęło, co za fanpage lajkuje, a ok 50 weszło na stronę główną bloga. Nie mam danych, czy w ogóle ktoś wszedł na strony poszczególnych wpisów, ergo, czy dotarłam do jakiegokolwiek potencjalnego nowego czytelnika.
          Klient znajomego ostatnio wydał 50tys zł. na Google AdWords (reklama swojego sklepu). Zwróciło mu się z tej inwestycji jedynie 20tys zł.
          Także myślę, że należy podchodzić do tego rodzaju reklamy dość sceptycznie.

  • Jacquline
    Odpowiedz

    Najgorzej to chyba z butami się ograniczyć. A teraz jeszcze wiosna nadchodzi, znowu będzie analiza: kupić czy nie kupić… o to jest pytanie;)

Leave a Comment