Droga do minimalizmu wiedzie przez ciuchy

Capsule Wardrobe – kiedyś o tym słyszałam. Kiedyś. I z miejsca, jako właścicielka gigantycznej szafy i fanka wówczas modnego Seksu w Wielkim Mieście, uznałam za bzdurę dla modowych nudziar. Sama kupowałam i co rusz wyprzedawałam ubrania, bo nie spełniały moich oczekiwań. Odgruzowywałam nie znając jeszcze słowa, które określałoby to, co robiłam. Znajomi się podśmiewali, że zbytnio przywiązuję uwagę do wnętrza szaf. Ja jednak miałam jakieś wyższe, jeszcze nie ukształtowane przeczucie, że to tam należy zacząć życiowe porządki. I tak sprzedawałam, a za sprzedane pieniądze w chwilach słabości kupowałam kolejne ubrania. Mniej, ale jednak. Rozważając przyczynę nabycia każdego z ciuchów zabawiałam się w domorosłego psychologa. Latami. Ocierając się o brak samoakceptacji, a na próbie symbolicznego wcielenia się w kogoś innego kończąc. W połowie tej drogi wydano Sztukę Prostoty Loreau. Dziś jest rozsypującym się egzemplarzem wyczytanym przez połowę moich znajomych, jednak wtedy była dla niektórych książką o bzdetach i sprzątaniu. Nie przeczytałam w niej nic „nowego”. Zobaczyłam jedynie odbicie tego, co kiełkowało mi w głowie nie do końca zwerbalizowane. Jeśli ktoś wydał o tym książkę, to moje przeczucia nie są bez sensu!

Dojście od kilkuset ubrań do dziewięćdziesięciu sztuk zajęło mi kilka lat. Ostatnia wielka wyrzutka miała miejsce w grudniu 2016. Wtedy też zdecydowałam się sprzedać trzysta sztuk odzieży w wielkich zestawach, za symboliczne pieniądze. Zalegały w pudłach latami komplikując przeprowadzki i wzbudzając wyrzuty sumienia przy każdym sprzątaniu garderoby. Nowe, ładne, wiszące bezskutecznie miesiącami na OLX i Allegro. Spełniły swoje zadanie budząc ekscytację i radość podczas kupowania, rozpakowywania, mierzenia. Mogą odejść.
Kiedy kurier zabrał worki poczułam ulgę. Balast źle ulokowanych pieniędzy w końcu zniknął mi sprzed oczu.

Zanim osiągnęłam obecny stan dziewięćdziesięciu sztuk (plus pięć torebek), zaczęłam uważnie przyglądać się swoim ciuchowym zwyczajom. Co wybieram, za co pierwsze łapię w szafie? W czym najlepiej się czuję? Co noszę najczęściej? W moim wypadku kluczem był komfort. Szpilki się kurzą, poncha są stylowe, ale jakoś od lat czekają na dostawę moli. Wełniany kapelusz? Źle się czuję w kapeluszach… Trencza nigdy nie założyłam, bo nie wiem na jaką porę roku niby miałby się nadawać. Na odzież biurową mam daleko posuniętą alergię. Jedyne, co włączyłam do swojej garderoby w 2016, to crop topy i leginsy z wysokim stanem. Są trzeba przyznać, seksowne.

Przekonałam się, ile prawdy jest w powiedzeniu, że strój robią dodatki. Apaszki, okulary słoneczne, torebka, wygodne, ale efektowne buty. Reszta to tylko tło. Pewnie, zostawiłam dwa wieczorowe, letnie kombinezony, kilka zwiewnych sukienek, elegancki wełniany płaszcz, ale poza tym mam tylko obcisłe tank topy, które są dla mnie absolutną bazą, t-shirty z cienkiej bawełny, grube czarne leginsy, jeansy z wysokim stanem, kilka krótkich koszulek z długim i krótkim rękawem, sweter, też cropped. Kardigan, ukochane asymetryczne mini, ołówkową spódnicę.

Jeśli już jesteśmy przy byciu chic, to może się narażę, ale uważam, że bardzo dużo robi to, na czym ubranie leży, a nie czym jest samo w sobie. Doskonałym tego przykładem było nabranie przeze mnie dziewięciu kilo (jestem bardzo niska, więc dla przeciętnej Kowalskiej będzie to piętnaście) w niecałe dwa miesiące i odkryciu, że chic zamieniło się w muffin tops, a seksowne bikini leży jak siatka na szynce.

Tu kompilacja z lata, kiedy przechodziłam fascynację Instagramem. Bez obaw, częściej przypominam Kolesia z Big Lebowskiego.

Recommended Posts
Showing 6 comments
  • Kasia
    Odpowiedz

    Z tymi ciuchami to ciężka sprawa jest. Człowiek walczy, stara się, dąży do swojego stylu. Stylu, cokolwiek to znaczy. Zakupy: jakość kontra ilość. W imię dobrego smaku, zdrowego rozsądku, w imię minimalizmu. Bo po cóż sobie życie utrudniać otaczając się stertą sezonowych szmat, które za chwilę będą passé.
    Tylko jak już się poukłada wszystko w glowie, w szafie i nawet to pozytywne jest. Bo piękno tkwi jednak w tej prostocie. To jedno wejście na serwis typu Instagram i gotowy spadek w przepaść !
    Jak zwalczyć w głowie niechęć do kupowania rzeczy pięknych, drogich? Jak zwalczyć uczucie bycia gorszą że czegoś się nie ma? Czy się tak da? I jeśli się da to jak wytrwać w tej nierównej walce?
    Instagram to zło 😉 najgorsze. Potrafi zrównać z ziemia. Wystarczy kilka profili bogatych Rosjanek, utrzymanek milionerów, najbardziej popularnych influncerek sfery blogowej, żeby totalnie wbić człowieka. Ba ! Kobiecą duszę. Totalnie wbić w dno. Piękno tkwi w prostocie ale przepych uzależnia.

    Ciekawa jestem Twojej opinii Paulino. Jakie masz odczucia do tego obrazkowego serwisu? Jesteś tam obecna ?
    Czy widok bogactw, przepadnie pięknych wnętrz oddziałuje na ciebie frustracyjnie ? A może zupełnie inaczej ?

    Czekam na odpowiedź
    Pozdrawiam
    Kasia

    • Paulina
      Odpowiedz

      Zastanawiałam się dłuższą chwilę, co odpisać, żeby nie wyjść na osobę tendencyjną o zamkniętym umyśle. Może po prostu postaram się odpisać najuczciwiej jak umiem.
      Mój pierwszy kontakt z Instagramem był jakieś dwa lata temu. Wówczas chciałam koniecznie dowiedzieć się o co tyle krzyku z tym Tinderem, a do niego przydatny był Instagram.
      Wyguglałam sobie top 50 kont na IG i ogarnęła mnie pierwsza fala mieszanki oburzenia i niesmaku. Dupy, Dupy, cycki, dupy, pierdyliardy selfików, śniadania w bikini z dupą na pierwszym planie. Królestwo próżności. Jak to ktoś napisał Twitter jest dla ludzi głupich, a Instagram to Twitter dla tych, którzy nie umieją czytać. Zniknęłam z Insta oburzona tym, co zobaczyłam na kilka miesięcy. Wróciłam nęcona przez znajomego marketingowca łatwym zarobkiem na reklamie. Jednak po zrobieniu rozeznania, uznałam, że ani to mój cyrk, ani moje małpy, a większość firm preferuje barter. Dziś dodaję zdjęcia psa, zupy, albo książek.
      Kiedy pierwszy szok i obrzydzenie minęły, zaczęłam grzebać po Instagramie. Najpierw obserwowałam masę profilów wnętrzarskich, później fotografów, a ostatnio parki narodowe i fotografię dzikich zwierząt.
      Może mnie jest ciut łatwiej, bo mam praktyczną wiedzę, że wszystko można tak sfotografować, że będzie wyglądało genialnie, albo bardzo słabo. Że tu był taki i taki retusz skóry, a tam doświetlili tu i tu kąty pokoju i dobrze wywołali RAWa, a tu jeszcze wyszczuplili talię. I to chyba główna zasada tego obrazkowego serwisu. ZROBIĆ. SOBIE. ŁADNE. ZDJĘCIE. Tylko właściwie po co? Ku zazdrości innych? A może żeby wykreować w internecie całkiem nową osobowość? To ostatnio modne zjawisko…
      Ponoć ludzie robiący notorycznie selfie mają problemy psychiczne, ale nie znam autora tej myśli 🙂 Choć jest w tym pewien sens, bo osoba stabilna nie odczuwa zazwyczaj takiej potrzeby.

  • A
    Odpowiedz

    Paulinko czy pokażesz nam zawartość Twojej szafy? Najlepiej w postaci zestawów ze wspominanymi przez Ciebie dodatkami. Powyższe szalenie mi się podobają, z całą pewnością się tak ubiorę jak tylko będzie już ciepło.

    Jesteś bardzo piękna, masz świetną figurę, rewelacyjny zmysł stylizacyjny, .. ale wydajesz się być bardzo smutna.
    Czy wszystko u Ciebie w porządku..?

    • weyakin
      Odpowiedz

      Dziękuję Ci bardzo za komplementy. Od lat walczę z epizodami depresji, więc dobrze wyczułaś pewien ciężar, który zapewne ulewa mi się podczas pisania.
      Bardzo chcę zrobić kilka kompletnych wpisów z ciuchami, ale na razie chciałabym zebrać trochę danych w kwestii niedrogich polskich ubrań.

  • Dorota
    Odpowiedz

    Te powyższe zestawy, spódniczki i bluzki/topy jakiej są marki?

    • Paulina
      Odpowiedz

      To zbitka zakupów z Allegro, H&Mu, Mango, Zary, Aliexpress i LoveSaints (nie polecam, bardzo drogo w stosunku do tego, co otrzymujemy).
      Postaram się zrobić porządny, kompletny wpis o ciuchach. Na razie testuje trochę na sobie drobne, tanie polskie marki.

Leave a Comment