Chcieć mniej – Katarzyna Kędzierska

Moje drugie podejście do tej książki. Wygrał nawyk czytania wszystkiego, co wpadnie w ręce i chęć zrecenzowania jej na blogu.
Pozycja jest na pewno lepsza od Slow Life czy Slow Fashion Joanny Glogazy, ale to nadal książka blogerki, a nie zawodowego pisarza czy dziennikarza. Po pierwsze, autorka odrobiła pracę domową tak, jak umiała. Napisała coś w stylu magisterki z minimalizmu, a wszyscy wiemy jak się pisze magisterki – sklejając w jedno kilka innych, cudzych książek. I jest to swojego rodzaju kompendium minimalistycznej filozofii. I na pewno wielu osobom wchodzącym w temat dobrze posłuży.
Pierwsza część sięga do filozofii życia w stylu slow, epikureizmu i stoicyzmu. Autorka słusznie zwraca uwagę na podział minimalizmu na ten ideowy i estetyczny. Rozprawia się pokrótce z mitem snobizmu, który próbują nam wcisnąć Loreau i Babauta.
Mniej obowiązków, mniej zastanawiania, mniej narzekania, mniej planowania, czyli porządek w głowie i święty spokój. Tak Katarzyna Kędzierska widzi minimalizm duchowy. Sięgając do terminów psychologicznych pisze o ruminacji (tzw przeżuwanie myśli), kompensaycjnych (emocjonalnych) zakupach, czy kupowaniu kompulsywnym (z wewnętrznego „przymusu”, choć to nieco kulawa definicja).
Jednak co do terapeutycznych porad autorki, szczególnie dotyczących przekładania rozmyślań, które nas męczą – na później, radziłabym podchodzić z ogromną rezerwą, bo więcej z takiego wypierania może wyjść szkody niż pożytku. Jest taka przypowieść o pacjencie, który bał się potwora spod łóżka, więc terapeuta zalecił wyrzucić łóżko/obciąć mu nogi. Problem potwora zniknął… aż do czasu, kiedy nasz bohater nie musiał zanocować w hotelu, gdzie stało… łóżko. Tak właśnie widzę odpychanie od siebie negatywnych, czy natrętnych myśli bez poddania głębszej refleksji ich genezy. Śmieci zamiecione pod dywan zostają tam, dopóki nie zmierzymy się z nimi po raz kolejny i nie usuniemy ich z naszego życia.
Wracając jednak do merituum, czyli naszej książki – autorka zadaje pytania, które stawiała już dawno filozofia dalekiego wschodu. Mądre pytania. Właściwe pytania, na które odpowiedzi nie są oczywiste.
Kim bym był, gdybym nie miał niczego, co teraz mam – rzeczy, tytułów, domu? To to znane pytanie – KIM JESTEŚ? Mateusz Grzesiak, którego notabene nie darzę sympatią, pisał o nim w Egorcyzmach. (To jego najlepsza książka i jedyna, którą daje się strawić 😉 )
Katarzyna Kędzierska nie zagłębia się jednak w temat dalej. Pozostawia nas jedynie ze wskazówkami, które świat już zna, ale żadne wydawnictwo nie wrzuciło ich jeszcze razem do jednego wydania.
Autorka zauważa coś bardzo ważnego – poza wyświechtanym kultem MIEĆ, stworzył nam się w dzisiejszych czasach kult BYĆ. Być bardziej, mocniej więcej, lepiej. A czy nie wystarczy po prostu DOBRZE? Mamy już przecież wszechobecny perfekcjonizm, nerwice i ambicje nie powodujące nic poza frustracjami. Nie mam wiedzy, by powiedzieć, czy to charakterystyka typowej osobowości neurotyka, bo i nie cierpię lektur Karen Horney, ale widzę to u ludzi wokoło, szczególnie mężczyzn. Kursy fotografii, programowania, tańca, kitesurfingu, nadgodziny, egzotyczne wycieczki i kalendarz zapełniony co do minuty nawet w weekendy. Czy zachodni człowiek aż tak bardzo lęka się zostania ze sobą sam na sam?
Jeśli mnie pamięć nie myli, Wiseman w 59 sekund opisuje doświadczenie, w którym badani wybierali delikatne porażenie prądem, żeby tylko nie siedzieć w pustym pomieszczeniu bezczynnie.
Nie umiemy odpoczywać, nie wiemy co to pochwała powolności, a kiedy próbujemy zwolnić obroty, świat pełen starych wzorców odpowiada, że jesteśmy leniwi…
Uważam, ze to najbardziej cenny temat poruszony w tej książce, ale znowu, jak dla mnie, zbyt po wierzchu.

Druga połowa dotyczy fizycznego odgracania i właściwie jest kalką pozycji o minimalizmie wydanych w Polsce na przełomie ostatnich lat. Książki Kondo i Loreau były przełomowe i nic bardziej wartościowego nad te wydania jeszcze nie powstało.

Dla osób, które nie miały jeszcze żadnej styczności z rozwojem duchowym, buddyzmem, czy filozofią, książka będzie zapewne powiewem świeżości.
Ostatnie 19 stron traktuje o informacyjnym detoksie oraz poddaje refleksji naszą obecność w social mediach. Tekst wydaje mi się niezwykle na czasie, więc nawet jeśli nie zamierzasz kupić książki – przystań z nią na chwilę w Empiku i przeczytaj ten krótki rozdział.

Recommended Posts
Showing 4 comments
  • Róża
    Odpowiedz

    Przyznam się szczerze że literatura minimalizmu jest mi niestety obca. Szukałam interesującej pozycji ale jak dotąd poza wszystkimi które są dostępne w sprzedaży („najciekawsze” w rankingach zrecenzowałaś tutaj ) nic mnie nie zaintrygowało.
    Najwięcej zgłębiłam na Twoim blogu oraz drugim traktującym na podobnym poziomie zagadnienie minimalizmu.
    Nie wiem czy właściwie to wszystko odbieram ale dla mnie minimalizm jest tożsamy z lepszą jakością życia. Jakością nie ilością jak dotychczas sądziłam. W moim przypadku przekłada się to na wszystkie jego dziedziny.
    Zaczęłam mało oryginalnie bo oczywiście od swojej szafy. Pozbywając się sporej ilości rzeczy które mają się nijak do mojego stylu życia, w ogóle stylu. Następnie wszelkiego rodzaju bibelotów, pamiątek, prezentów od znajomych, przeczytanych książek, całkowitego zaprzestania oglądania telewizji, dochodząc nawet do zakończenia wielu pseudo znajomości.
    To jest moja definicja minimalizmu. A czy prawidłowa tego nie wiem. Wiem natomiast że jest mi z tym lepiej.

    • Stella
      Odpowiedz

      Jeśli mogłabym coś polecić, to „Jak likwidowałam dom moich rodziców” Lydii Flem oraz „Mniej” Marty Sapały. Dla mnie minimalizm to również narzędzie do lepszej jakości życia 🙂

  • Magdalena
    Odpowiedz

    Paulino,
    trafiłam do Ciebie jeszcze na poprzednim blogu, gdy szukałam swojej drogi do minimalizmu. Bardzo lubię Twój sposób pisania, a poruszane przez Ciebie tematy są mi bliskie. Bardzo się cieszę, że wróciłaś z tym nowym projektem, mam nadzieję, że zmotywujesz mnie do minimalizacji wydatków. Podkradam sobie Twoje cele, które zamieściłaś w jednym z postów. Z niecierpliwością czekam na kolejne treści.

  • Stella
    Odpowiedz

    Czytałam „Chcieć mniej” i obie książki Joanny Goglazy. Przyznam szczerze, że bardziej podobały mi się książki Goglazy. Jest w nich jakaś zmiana, jakieś zapis przed i po. A „Chcieć mniej” wydaje mi się od samego początku poukładane, jakby autorka z miejsca urodziła się dorosła, zorganizowana. Nie znalazłam w „Chcieć mniej” niczego do podglądnięcia, styl też nie przypadł mi do gustu jakoś szczególnie. Prawdopodobne także, że książkę czytałam cąłkiem niedawno, kiedy już minimalizm stał się moim codziennym narzędziem i czytanie o nim już trochę mnie znudziło.

Leave a Comment